Agnieszka Glińska: Świat widzę przez filtr smutku

Robert Rient

Dziennikarz i trener interpersonalny

„By unikać emocjonalnego tsunami, uczę się od paru lat rozpoznawania tego momentu, kiedy ciemne fale zaczynają się kumulować. Ale ten filtr smutku, przez który oglądam świat, jest mój i nie chcę z niego rezygnować” – mówi Agnieszka Glińska, reżyserka

ROBERT RIENT: Wydajesz się odważna.

AGNIESZKA GLIŃSKA: Czasami sama sobie też się taka wydaję.

R.R.: Kiedy?

A.G.: Gdy robię coś, co kilka lat temu wydawało mi się niemożliwe. Dla mnie odwagą jest nie stroić się w cudze piórka. Dopiero od niedawna funkcjonuję w tym trybie, to daje poczucie bezpieczeństwa. Nie muszę się bać, że coś się wyda, bo jestem gotowa o sobie opowiadać.

R.R.: Taka emocjonalna nagość?

A.G.: Trochę tak. Jest to, co jest, i nic więcej nie mam do zaoferowania. Nie udaję kogoś, kim nie jestem. Zniknęło napięcie.

R.R.: „Szczęścia dla nas nie ma i nie może być, my tylko ciągle czekamy na szczęście” –  pisał Czechow, do którego od lat wracasz w swoich przedstawieniach.

A.G.: Jest taki niezwykły rysunek, rozmawiają dwie kury na podwórku, jedna mówi: „chciałabym być szczęśliwa” i druga jej odpowiada: „to bądź”. O tym, czy jest się szczęśliwym, decyduje zdolność do odczuwania szczęścia, a to można w sobie wykształcić. To powolny proces i trudny. Pamiętam jeden z ostatnich wywiadów z Leszkiem Kołakowskim, w którym powiedział, że szczęśliwym można być mniej więcej do piątego roku życia. A potem to już jak się je jabłko na przykład. Mam w sobie lęk przed byciem szczęśliwą, boję się tak czuć, bo wiem, że za chwilę to może zniknąć. Wolę chyba niedosyt.

R.R.: Mieliśmy zatem szczęście, ten stan albo umiejętność i to straciliśmy, a nauką jest powrót do tego, co było?

A.G.: Dzieci mają naturalną zdolność odczuwania szczęścia i dziwienia się, i to z powodu podstawowych rzeczy. Zawsze lubiłam dzieci, nawet przed byciem mamą, one zarażają szczęściem, ich radość nie ma skali, a potem faktycznie tę zdolność tracimy. Mike Leigh zrobił film, który ubóstwiam: „Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia”. Upraszczając, występuje w nim szczęśliwa dziewczyna, która konfrontuje się ze światem, wychodząc mu naprzeciw ze swoim autonomicznym poczuciem radości. Lubię ten obraz, on zaraża czymś pozytywnym, ale sama mam kłopot ze szczęściem, nie lubię się za dobrze czuć.

R.R.: Dlaczego?

A.G.: Wolę stabilność. Szczęście jest ekstremalną górką, silne przeżycia mnie wyczerpały.

R.R.: Bo w stabilności może wydarzyć się smutek, złość i radość, ale te uczucia nie dominują?

A.G.: Tak. Dlatego nie wyrzucam swojego smutku, jest oswojony. Pilnuję tylko, by nie przekraczał pewnych granic, by się ze mnie nie wylewał. Smutek immanentnie wpisany w osobowość jest chłonny, gdy coś złego się pojawia, szybko potrafi się rozszerzać, zacząć panować. Dlatego jestem czujna, sprzyjają temu ćwiczenia fizyczne. Gdy coś mi dokucza albo tracę kontrolę, idę na korty albo na konie. Zmienia się wtedy chemia w organizmie, to bardzo prosty sposób. By unikać emocjonalnego tsunami, uczę się od paru lat rozpoznawania tego momentu, kiedy ciemne fale zaczynają się kumulować. Ale ten filtr smutku, przez który oglądam świat, jest mój i nie chcę z niego rezygnować.

R.R.: Jakiś czas temu powiedziałaś, że już nie trzeba cię łyżeczką zbierać z podłogi.

A.G.: Czasami pojawiają się momenty słabości albo wchodzenia w tunelowe myślenie, z którego nie ma wyjścia. Teraz już wiem, że wiąże się to z przeforsowaniem psychicznym.

R.R.: Cały czas korzystasz z terapii?

A.G.: Tak. Cenię sobie możliwość porozmawiania z kimś o tym, co mnie spala.

R.R.: Kiedy zdecydowałaś się na terapię?

A.G.: Mam za sobą kilka prób, dopiero w tej terapii przestałam siebie oszukiwać. Przez lata uważałam, że to niemożliwe, by ktokolwiek mógł mi powiedzieć cokolwiek o moim życiu. I jeszcze myślałam, że włożą mnie do jakiejś szufladki. Aż przyszedł moment, gdy byłam w olbrzymim kryzysie, w głębokiej, przewlekłej depresji. Czułam wcześniej, że coś jest nie tak i zaczęłam terapię, ale dotarło do mnie, że oszukuję terapeutkę i siebie. Nie wiedziałam, kto jest dla kogo. Mówiłam jej, czego chcę, wymyślałam siebie, konstruowałam narrację, z której nic nie wynikało. Potem spróbowałam po raz drugi, gdzie indziej, ale nie odnalazłam się w restrykcyjnym podejściu. Bolała mnie głowa, nie chciało mi się wcale rozmawiać, a i tak musiałam płacić, również za spotkanie, które się nie odbyło. Ten system mnie odrzucał. To było ograniczające, ale może to dobra forma dla młodzieży albo osób uzależnionych. Teraz w nurcie neohumanistycznym znalazłam przestrzeń wolności dla siebie. Nic nie dzieje się wbrew mnie, spotkania terapeutyczne wynikają z mojej woli, potrzeby i decyzji.

  • Kategoria: Doskonalenie
  • Data:
  • Źródło:
    • Coaching 2/2015
  • c
Komentarze