Zobaczyć rzeczy takimi, jakimi są

Robert Rient

Dziennikarz i trener interpersonalny

Wyjeżdżam na dwanaście dni. Bez pieniędzy, komputera i telefonu. Tam, gdzie jadę, nie będę pracował, nie będę z nikim rozmawiał, nie będę nawet patrzył nikomu w oczy, chociaż obok będzie mnóstwo ludzi.

Pozostanę w jednym miejscu, nieruchomo. Zostałem przyjęty na kurs medytacji vipassana w Krutyni na Mazurach.

Dzień przed wyjazdem pakuję pościel, koc, poduszkę do medytacji, wygodne i luźne ubrania. Nie należy nosić strojów przezroczystych, skąpych, zwracających uwagę. Kobiety nie powinny zakładać szortów, minispódniczek, bluzek bez rękawów i z dużymi dekoltami. Rajstopy i legginsy są dozwolone, jeśli koszula czy bluza zakrywają kolana. Nie wolno używać perfum ani zapachowej wody po goleniu. Potrzebny mi budzik. Telefon pełniący tę funkcję oddam przed rozpoczęciem medytacji do depozytu, wraz z portfelem, dokumentami i kluczykami do samochodu. W trakcie kursu pieniądze są bezużyteczne, nie można robić zakupów ani wychodzić poza teren ośrodka.

Niedozwolone są również papierosy, alkohol, narkotyki, leki nieprzepisane przez lekarza, odzież ze skór i futra, talizmany, kryształy i wszelkie przedmioty religijne. Na czas medytacji należy się wstrzymać od rytuałów, postów, odmawiania różańca, recytowania mantr, tańców, śpiewów i ćwiczeń fizycznych. Dozwolony jest spacer po wyznaczonym terenie. Nie zabieram książek, laptopa, dziennika i długopisu, aparatu fotograficznego ani jedzenia. Najbliższym podaję numer telefonu, pod który mogą dzwonić, by wywołać mnie z kursu, prosząc, by z niego nie korzystali. W trasę z Warszawy do Krutyni wyruszam wraz z moją przyjaciółką Anetą, z którą po rozpoczęciu medytacji spotkamy się wzrokiem raz, dziewiątego dnia, podczas wykładu.

Korzystając ze strony internetowej organizatorów, deklaruję gotowość podwiezienia jednej osoby. Na ogłoszenie odpowiada Sławek z Żoliborza. Informuję go, że o dziewiątej rano przyjedzie po niego łysy mężczyzna w starym zielonym peugeocie. Dowiaduję się, że będzie na mnie czekał gruby mężczyzna bez szyi. Sławek jest „starszym uczniem”, to znaczy, że ukończył już wcześniej kurs vipassany, a teraz jedzie jako wolontariusz do pracy w kuchni. Cenę za 12-dniowy pobyt ustala się samemu po ukończeniu medytacji, opłaty dokonywane są anonimowo. Osoby pracujące przy obsłudze kursu, łącznie z nauczycielami, nie otrzymują wynagrodzenia za pracę.

Przyjazd

Zostaję zakwaterowany z ponad setką ludzi w ośrodku Mazur–Syrenka. Mam wypełnić formularz, w którym pojawiają się pytania o nałogi, motywację do udziału w kursie oraz sytuację życiową. Przed złożeniem podpisu wyrażam zgodę na przestrzeganie pięciu zasad moralnych: chodzi o wstrzymywanie się od zabijania jakichkolwiek istot, kradzieży, aktywności seksualnej, kłamania i przyjmowania środków odurzających. Upewniam się, czy zakaz dotyczy także masturbacji. Tak. Czy na pewno? Tak. Ale... Tak. Podpisuję formularz, a ręka mi nie drży. Zanim oddam do depozytu dokumenty, telefon i pieniądze, wracam do samochodu, by zabrać z bagażnika czerwone gumowce. Otrzymuję miejsce w dwuosobowym pokoju z łazienką, niezamykanym na klucz, zresztą tak jak wszystkie pozostałe. Obowiązuje całkowita separacja kobiet i mężczyzn, dotyczy to również par, przyjaciół i rodzin. Ośrodek składa się z trzech budynków: sypialni mężczyzn, sypialni kobiet i sali medytacyjnej z osobnymi wejściami i jadalniami. Teren kobiet to kilkudziesięciometrowa prostokątna przestrzeń spacerowa, której granicę wzdłuż dłuższych boków wyznacza rzeka, a po drugiej stronie lina, za którą swój teren mają mężczyźni. Trwa zakwaterowanie, spaceruję, przyglądam się ludziom, patrzę w kierunku parkingu oddzielonego ode mnie cienką liną i zastanawiam się, czy nie trafiłem właśnie do sekty. Przytulamy się z Anetą, mówimy sobie do usłyszenia za dziesięć dni i idziemy na osobne kolacje.

Poznaję mojego współlokatora Bartka, fotografa i kick boksera. Do sali medytacyjnej wchodzimy pojedynczo, po usłyszeniu swojego nazwiska. Po lewej mężczyźni, po prawej kobiety. Otrzymuję miejsce przy końcu, wśród nowych adeptów, pod numerem 30. Na końcu sali na podwyższeniu siedzą nauczyciele, mężczyzna i kobieta, z którymi w razie potrzeby można umówić się każdego dnia na maksymalnie 5-minutowe spotkanie. Kurs rozpoczyna się wykładem odtworzonym, tak jak wszystkie późniejsze, z płyty CD. Głos Satyi Narayana Goenki, hinduskiego nauczyciela vipassany, w języku angielskim lub hindi przeplatany jest polskim tłumaczeniem. Od teraz przez najbliższe dziesięć dni obowiązuje tzw. szlachetne milczenie, które oznacza, że nie będę się z nikim kontaktował słowem, gestem czy wzrokiem. Dzień kończy się wprowadzeniem do anapany, techniki polegającej na rozwijaniu koncentracji poprzez skupianie się na oddechu. Wszelkie pojawiające się myśli należy pozostawić samym sobie i wrócić do oddychania.

Wdech, wydech, wdech, kobiety mają dostęp do rzeki, a my tylko widok na nią, to niesprawiedliwe, ciekawe, czym tu karmią, wydech, zimno mi, wdech, mam nadzieję, że Bartek nie chrapie, wydech, po co aż dwójka nauczycieli, skoro wszystkie instrukcje lecą z odtwarzacza, wdech, wydech, nie myśl, oddychaj, wdech, wydech, ta separacja mężczyzn i kobiet jak ma się niby sprawdzać w przypadku osób homoseksualnych, co z pracą, jak przyjdzie e-mail od naczelnej, no właśnie kiedy pojawi się mój tekst o migrenach i jaka szkoda, że nie udało mi się przeprowadzić wywiadu z Szymborską, oddech, wdech, wydech, ile to ma trwać, co robi moja kotka, sprawdzę, gdzie siedzi Aneta.

Otwieram oczy, przede mną widok na kilkadziesiąt nieruchomych głów, widzę Anetę jakieś sześć rzędów przed sobą. Zerkam na faceta siedzącego obok mnie, broda, kaptur, na moje oko jakieś 28 lat. Zamykam oczy, wdech, wydech.

Komentarze