"Najciekawsze jest poznawanie siebie i natury świata". Wyjątkowa rozmowa

Robert Rient

Dziennikarz i trener interpersonalny

Jego majątek szacowany jest na 300 mln zł. Mimo sukcesu przeżył ekstremalnie trudne chwile. Na pytanie o stres odpowiada: „Niemożliwy do opisania”. Oto Michał Kiciński, współzałożyciel firmy CD Projekt, która osiągnęła międzynarodowy sukces grą komputerową „Wiedźmin”.

ROBERT RIENT: Kiedy pierwszy raz pomyślałeś o pieniądzach?

MICHAŁ KICIŃSKI: Długo odkładałem na pierwszy komputer. Razem z kolegą zbieraliśmy butelki i oddawaliśmy do skupu. Złotówki wymieniałem na dolary. W mojej rodzinie nigdy się nie przelewało. Zbudowało to we mnie silną motywację i postanowienie, że nie będę tak żył. Nie chciałem nieustająco myśleć o pieniądzach – dlatego postanowiłem je zdobyć. W końcu zapadła we mnie decyzja:
do trzydziestki kupię porsche i będę miał 200 mln zł.

R. R.: Twój majątek szacowany jest na 300 mln zł. A porsche kupiłeś przed trzydziestką?

M. K.: Tak, nawet kilka lat przed trzydziestką. Faktycznie majątek rośnie, ale na tym etapie życia cele biznesowe i finansowe mam odhaczone.

R. R.: Kiedy poczułeś, że wszedłeś na szczyt?

M. K.: W 2007 roku, gdy z Marcinem Iwińskim – przyjacielem, z którym założyłem CD Projekt – otrzymaliśmy tytuł Przedsiębiorcy Roku. Wygraliśmy z mocną konkurencją, z prawdziwymi gigantami.

R. R.: Wtedy pojawiła się na rynku pierwsza część gry komputerowej „Wiedźmin”.

M. K.: I ponad milion sprzedanych egzemplarzy – o to nam chodziło, żeby pokryć zainwestowane środki, by wejść na międzynarodowy rynek twórców gier, a do tego sporo się nauczyć.

R. R.: Mimo sukcesu kolejne lata były dla ciebie trudne.

M. K.: Ekstremalnie. Końcówka boomu inwestycyjnego, wzięliśmy ogromny kredyt i uruchomiliśmy sporo nowych projektów, w tym dwie kolejne części „Wiedźmina”. Chwilę później nastąpił krach finansowy, weszliśmy w niego z zadłużeniem ponad 20 mln zł. Nie mieliśmy na pensje dla pracowników, a zatrudnialiśmy ponad trzysta osób. Po raz pierwszy ktoś nas okradł, ktoś inny oszukał, ktoś wstrzymał płatności, do tego walcząca konkurencja.

R. R.: Stres?

M. K.: Niemożliwy do opisania. Szczęśliwie bank, w którym zaciągnęliśmy kredyt, zbankrutował, co dało nam kilka miesięcy oddechu. Nowym właścicielom zależało na tym, by utrzymać naszą firmę przy życiu i ostatecznie odzyskać zadłużenie.

R. R.: Czym się zajmowałeś w firmie?

M. K.: Głównie komunikacją, PR-em i marketingiem, sprawami kreatywnymi. Razem z resztą zarządu pracowałem nad długoterminową strategią firmy. A drugi profil to uruchamianie nowych zadań. Zbierałem zespół tworzący pierwszego „Wiedźmina”. Nigdy nie interesowało mnie utrzymywanie w ruchu rozpoczętego zadania, za to bardzo lubiłem inicjować nowe projekty.

R. R.: Dlatego ukończenie liceum nie było atrakcyjnym wyzwaniem?

M. K.: Być może, wtedy moją pasją były gry. Na zewnątrz słońce, potencjalne przygody w naturze, a ja siedziałem w pokoju z zaciągniętymi zasłonami i joystickiem w ręku. Nauczycielom w Liceum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie zależało na dobrych wynikach maturalnych. Był taki zwyczaj by oblewać w trzeciej klasie tych, którzy mają słabe wyniki z określonych przedmiotów. Lubiłem matematykę, ale poległem podczas egzaminu komisyjnego. Wylądowałem na tak zwanej Sorbonie, podobno najgorszej szkole w stolicy – sportowcy, narkomani, artyści i inni niedopasowani. To było liceum dla dorosłych, do którego chodziłem trzy razy w tygodniu, popołudniami. Mogłem zajmować się swoimi sprawami, handlem na giełdzie, planowaniem przyszłości. Po latach okazało się, że liceum Czackiego, którego nie ukończyłem, podobno umieściło mnie w galerii znanych absolwentów. Śmieszna sprawa.

R. R.: Gdzie się wybrałeś po liceum?

M. K.: Dwa lata studiowałem handel zagraniczny, by chronić się przed wojskiem, potem wybrałem filozofię.

R. R.: Dlaczego?

M. K.: W poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania, kim jestem, kim jest Bóg, po co tu jesteśmy. Szybko okazało się, że intelektualne wyjaśnienia nie są wystarczające. Jednak zanim tak naprawdę zacząłem szukać odpowiedzi na te duże pytania, poświęciłem się biznesowi z pełnym zaangażowaniem.

R. R.: Czyli jak?

M. K.: Całym sobą. Jako dwudziestoparolatek nie znajdowałem przestrzeni na cokolwiek innego poza biznesem, byłem mu całkowicie oddany. Nie było odskoczni, odpoczynku, prowadziło to w konsekwencji do samospalania albo inaczej – bycia zżeranym.

R. R.: Który moment był krytyczny, był tym który cię zatrzymał?

M. K.: Skończyłem trzydzieści lat, zacząłem cierpieć na różne chroniczne dolegliwości, siadło
gardło, problemy skórne, do tego potworne osłabienie. Po pewnym czasie strzeliło mi więzadło w kolanie, chociaż obiektywnie nie było do tego przesłanek. Sporo bólu, któremu towarzyszyło poczucie, że zajmuję się nie tym, co mnie karmi, co sprawia, że jestem szczęśliwy. Podchodziłem do pracy z coraz większą rezerwą, zacząłem się leczyć medycyną zachodnią, naturalną, potem niekonwencjonalną, zainteresowałem się różnymi warsztatami ogólnorozwojowymi. Kariera zawodowa nigdy nie była celem samym w sobie, od początku wiedziałem, że pieniądze są potrzebne, by mieć przestrzeń i czas na to, by zajmować się tym, co najciekawsze.

R. R.: Co jest najciekawsze?

  • Kategoria: Życie
  • Data:
  • Źródło:
    • Coaching Extra 1/2017
  • c
Komentarze